Salsa caleña

 

‘Zatańczyć salsę w Kolumbii’ było od zawsze na mojej liście podróżniczych celów tej wyprawy.  W odróżnieniu od wyposażenia na Azje w moim plecaku znalazły się dodatkowe dwie pary butów – do salsy i tanga . Te ostatnie czekają na Argentynę.

Kiedy w końcu dobiłam do Cali, światowej stolicy salsy, natychmiast wypakowałam taneczne butki i wyruszyłam na podbój parkietu. Ku mojemu zdziwieniu ów pierwszy podbój skończył się fiaskiem, bo chociaż w poleconym klubie czułam się jak na Kubie (nie byłam nigdy na Kubie dla jasności, ale tak sobie to wyobrażam, z tańczącym tłumem, a tańczyli nawet ci siedzący) nawet pies ze skuloną nogą nie poprosił mnie do tańca. Z lekka rozczarowana (‘z lekka’ jest oczywiście mało adekwatnym opisem poziomu frustracji, która odczuwałam) poszłam się pożalić stojącym przy wejściu ochroniarzom. Niech mi wytłumaczą Calenczykow, ha! Wytłumaczyli. Bardzo proste. Przyszłam bez grupki przyjaciół, wiec nie mam się z kim bawić. Nic dodać nic ująć. I był to prawdę mówiąc pierwszy i ostatni raz, kiedy czułam się w Kolumbii wykluczona społecznie. Dano mi rade, bym zapoznała sobie jakichś kolumbijskich przyjaciół i przyszła tu jutro. Dostałam przy okazji 3 numery telefonów. Trochę bezużyteczne biorąc pod uwagę, że ich właściciele mieli nazajutrz także stać na posterunku na zewnątrz a nie wewnątrz klubu. A wnętrze interesowało mnie bardziej. Zabrałam swoja frustracje do pobliskiej budki z arepami (o jedzeniu za chwile, bo jak zacznę to nie skończę), w której zdobyłam już ‘amigos’ dzień wcześniej i przy soku z lugo artykułowałam swoje żale. Chłopaki przejęli się strasznie. Po pierwsze tym, że się sama szwendam po nocy. Po drugie tym, że wyjadę z Cali nie zatańczywszy salsy. Nie może to być! Po krótkiej naradzie, podczas której wysiorbałam ostatnie kropelki soku silą powstrzymując się, by paluchem nie wylizać resztek owocowej pianki, Diego, jak na gentlemana przystało, odtransportował mnie do klubu dwie przecznice dalej. Klub był dla profesjonalnych tancerzy. Godzina trochę późna, wiec i ludzi mało. Przechodząc do rzeczy, miałam swoja prywatna lekcje caleno i dostałam wycisk. Salsa caleno jest chyba najszybsza na świecie. Wycisk ów wycisnął mi strugi potu oraz półksiężycowy uśmiech szczęścia. Oto tańczyłam z najlepszymi tancerzami w Cali!

A i na następny wieczór miałam już przyjaciół. No tych do tańca.

Wieczór rozpoczęty tak niefortunnie okazał się być strzalem w dziesiątkę. Lekcja nauczona (a raczej powtórzona) – zanim się poddasz poszukaj innego rozwiązania. Może być bliżej Ciebie niż myślisz. A do tego nawet lepsze!

 

 

 

  • Karolyfer

    usmialam sie:) przecudownie napisany wstep i cale szczescie idealne zakonczenie przygody
    buziaki