Posiąść konia

Przyglądałam się obrazom wiszącym we wspólnej kuchni kempingowej w Los Antiguos (miasteczku przy granicy z Chile) z mieszanymi uczuciami. Wszystkie trzy przedstawiały mniej więcej tę sama scenę tylko z innej perspektywy. Na dwóch z nich koń przywiązany do pala próbował się uwolnić zapierając mocno nogami. Na innym dwóch mężczyzn siedzących na końskim grzbiecie okładało zwierze biczem. Cokolwiek te obrazy miały oznaczać pełne były przemocy i utrudniały przełykanie śniadania.

Zapomniałam o nich szybko skupiając na przedostaniu autostopem do Carretera Austral, drogi krajowej nr 7 w Chile prowadzącej od Puerto Montt do Villa O’Higgins. To był czas mojej samodzielnej przygody z namiotem i tym co dzień przyniesie tudzież kogo Bóg ześle mi po drodze. Trzy dni i parę przygód później zawitałam do Villa Cerro Castillo. Małej wioski położonej u stop góry o tej samej nazwie. Niebo bez ani jednej chmurki jeszcze bardziej uwydatniało postrzępiony wierzchołek kryjący miedzy szczytami turkusowa lagunę. Wymarzony dzień na konna przejażdżkę.

Czekając na konie ze stadniny zaczęłam podpytywać siedzących obok mnie gaucho (czyli tutejszych cowboyów) czy wiedza o jakimś rodeo w okolicy. Wyczytałam w przewodniku, ze jest to obowiązkowy punkt programu podczas pobytu w Chile a kto wiedziałby więcej o takiej imprezie niż oni? Dowiedziałam się, że rodeo chilijskie nijak się ma do amerykańskiego. W tutejszym wydaniu to dwóch gaucho na koniach starających się zagonić krowę w kozi róg. Za to okazało się, że w sąsiedniej wiosce dzień później odbywa się jineteada. Nie miałam pojęcia czym jineteada jest i nie do końca zrozumiałam jej opis, z entuzjazmu chłopaków natomiast wywnioskowałam, że okazji takiej przepuścić nie mogę i powinnam się tam zjawić i zobaczyć to na własne oczy.

Właściciele stadniny też się tam wybierali następnego dnia i zaproponowali podwózkę.

I oto stałam tam, pośród tłumu gapiów przyklejonych do drewnianych barierek otaczających okrągłą arenę. Większość z nich była w beretach, jak na gaucho przystało (berety te zwane są voina gaucho), i z oczami wpatrzonymi w arenę obserwowali w napięciu to, co miało się wydarzyć.

A to, co się działo na arenie przywołało moje wspomnienie z Los Antiguos.

Przy dwóch palach grupki mężczyzn przygotowywały konie. Dzikie konie, które nie dały się jak dotąd ‘złamać’. Najpierw wiązano je do pala, czasem zasłaniając oczy, żeby nie widziały co się dzieje, a potem siodłało dla kolejnego zawodnika, który ‘razami’ miał zmusić zwierze do posłuszeństwa oraz utrzymać na jego grzbiecie. O ile koń nie poradził sobie z jeźdźcem wcześniej to po określonym czasie (od 6 do 15 sekund) dwóch jeźdźców zdejmowało zawodnika z wierzgającego konia podczas burzy oklasków rozentuzjazmowanego tłumu. Że sobie ów bohater tak dziarsko poradził.

Jineteada, która wywodzi się z tradycji przysposabiania dzikich koni do pracy dla człowieka, teraz jest już tylko ‘sportem’. Sportem przedziwnym, którego bez poznania chilijskiej tradycji nie da się zrozumieć. Sportem, w którym człowiek dominuje nad zwierzęciem i tę dominacje celebruje. Stałam przyciśnięta do barierki z mieszanymi uczuciami. Trudno było nie podziwiać zwinności i siły jeźdźców (no dobrze, nie wszystkich) będących personifikacja tego co w Ameryce Południowej kryje się pod słowem ‘macho’. Trudno było nie podziwiać również dzikiej i nieokiełznanej siły koni. Na tej arenie to człowiek starał się podporządkować zwierze. A wręcz je ‘złamać’. Z drugiej strony była w tym swoista przemoc. Trzeba wiedzieć, ze konie biorące udział w jineteadach zalicza się do bardzo trudnych właśnie, takich nie do złamania. I ‘sport’ ten ma w sobie wiele z zadawania gwałtu.

CSC_0219

Lokalna kobieta stojąca obok mnie zaśmiewała się do rozpuku, podczas gdy ja coraz bardziej kurczyłam w sobie.

W drodze powrotnej cały temat we mnie pracował. Czemu tak? O co chodzi? Po co?

Nie da się na to spojrzeć inaczej niż przez pryzmat kulturowy. Kiedyś był to sposób podporządkowywania dzikich koni, i choć dziś w wersji ‘twardej’ uchodzi za sport, wciąż takie praktyki się stosuje.

Coraz częściej jednak pojawiają się też ‘zaklinacze koni’, trenujący je w sposób naturalny.  Szkolenie takie obejmuje komunikowania się z koniem poprzez spokojny i zrozumiały język ciała z trenerem w celu zdobycia zaufania zwierzęcia. Jest to proces, który pracuje z koniem, a nie przeciwko niemu, i naśladuje zachowanie które koń może normalnie spotkać w swoim stadzie.

Choć znany od stuleci, ten rodzaj treningu dopiero niedawno został ponownie odkryty w różnych częściach całego świata, pozostawiając konie bardziej godne zaufania ludzi, pewne siebie i bezpieczniejsze.

Okazało się, że mój gospodarz jest jednym z najbardziej znanych trenerów koni tą metoda w Chile.

Myślami wróciłam do Mongolii, gdzie pół roku wcześniej na swojej pierwszej w życiu wyprawie konnej, uczyłam się obcowania z końmi. Konie w Mongolii są półdzikie i chodź wiedza, kto nimi rządzi, jeśli na grzbiecie znajdzie się odpowiedni jeździec, to bardzo szybko same zaczynają rządzić, jeśli poczują, że nie maja ‘pana’. Niemniej ilekroć się przyglądałam cwałującym jeźdźcom, nie miałam wątpliwości, że koń w tym duecie jest partnerem a nie sługą. Kultura Nomadów przesiąknięta jest szacunkiem do natury a konie mają w ich sercach szczególne miejsce. I pamiętam, że cwałujący obok mnie właściciel bardziej patrzył na to czy to ja nie zdenerwuje konia a nie na odwrót. Co i memu ‘nomadzkiemu’ serce było raczej po drodze.

DSC_0964

Czy można posiąść konia?

Chyba tylko wrażenie, że się go posiadło…