Poćwicz sobie ZEN w Peru (PL only)

Przyjechałam do Huaraz trochę rozleniwiona i bez żadnego planu (coraz częściej mi się to zdarza, to już pewnie zmęczenie podrożą, albo ‘zblazowanie’).

Miasteczko to, położone w otoczeniu ośnieżonych szczytów Cordilliera Blanca jest baza wypadowa dla jedno- lub kilku do kilkunastodniowych wędrówek. Istny raj dla wielbicieli gór. Wędrówki, skałki, wspinanie się po lodzie, ambitnie pojęty alpinizm i wypady na okoliczne pięcio- i dziesięciotysięczniki. Do wyboru do koloru. Do tego lokalny folklor na ulicach. Kobiety w kolorowych spódnicach, z przewiązanymi chustami z serii ‘do wszystkiego’ (od transportu dzieci po towary). Zyć nie umierać. Można się tu zaszyć na tygodnie.

Plan był prosty. Jeden dzień aklimatyzacji a potem jakieś górki i dalej w trasę. Albo na północ albo na południe. Znajomy kilka tygodni wcześniej wybrał się na samotny 3 dniowy trek zwany Santa Cruz, na którego cześć peany wyśpiewuje Lonely Planet (jeśli ktoś ma więcej czasu to poleca się jednak Huayhuash, ten 10 dniowy wypad w góry zdaje się o wiele bardziej atrakcyjny – widokowo przede wszystkim). Tylko ze on się wybrał jeszcze w czasie ładnej pogody. Ja już trafiłam na atmosferę pochlipująca.

Wyzuta już ze zwyczaju planowania (no bo ile można!) podeszłam do tematu lekko. Za lekko.

Przywitał mnie deszcz. I ja go tez, z sentymentem (do mojej ‘ojczyzny’ Belgii) i trochę ulga, która pozwoliła mi zakotwiczyć się w Cafe Andino, klimatycznej kafejce dwie przecznice od głównego placu.

Lubie gadać do ludzi, bardziej niż czytać przewodniki, wiec od słowa do słowa plan się ułożył. Na rozgrzewkę Laguna 69 (1 dzień), potem Santa Cruz o własnych silach ze sprzętem na plecach (3 dni) a potem… się zobaczy.

Nie jestem wytrawna kozica górską, ale w jakichś górach już tam byłam. Wiec nie wiem czemu nie sprawdziłam na jakiej wysokości jest ta wspinaczka. Zaczęliśmy od 4000m a w planach było dotarcie do 4750m. Umarłam. Wielokrotnie. Po. Drodze. Jak babcia stara. Głowa mi eksplodowała (bo się na te wycieczkę wybrałam prawie ze z autobusu) no i generalnie wszytko co powinnam była pamiętać z Himalajow a o czym zapomniałam, czyli co to jest być na wysokości, dało się boleśnie we znaki.

Powoli można wleźć na każdą gore. No to lazłam. Ale zanim dolazłam wracać trzeba było, żeby zdarzyć na ostatni autobus. Nic to, pomyślałam. Na jedna gore można nie wleźć w życiu (ale na ten autobus co to ostatni był to wściekła byłam ze nie wiem).

Jasne jednak było dla mnie, ze dźwiganie przez trzy dni ekwipunku na plecach nie wchodzi w rachubę.

Wróciłam szukać grupy, do której mogę się dołączyć. Była na ‘za dwa dni’. Dzień następny spędziłam na kompletowaniu cieplejszych ciuchów, bo jednak kolumbijski ‘outfit’ przestał się sprawdzać. Grając w Chińczyka z ‘lokalesami’ czekałam na potwierdzenie wyprawy. Nic z tego. W ostatniej chwili zrezygnowało (podobno) kilka osób. Będzie na pojutrze.

Wdech wydech. Pojutrze zatem. A ja sobie jutro ‘uderzę’ w lagunę Wilcacocha.

Uderzyłam sobie wyjątkowo sprawnie, choć laguna sama w sobie tchu mi nie zaparła (za to podejście do laguny i owszem).  Na gorze spotkałam małego brzdąca, co to ewentualnie mógł mi zagrać piosenkę na fleciku trzymanym w brudnych raczkach. Za 5 soli.

Eduardo, bo tak miał na imię, rósł na biznesmena. Lat miał 10, tyle ustaliłam ja. Eduardo ustalił za to, ze ja jestem już bardzo stara (wiadomo, perspektywa ‘staromlodosci’ się przesuwa wraz z wiekiem). Był tez niezwykle zafascynowany kozia i siwa broda Cyryla, Francuza spotkanego na wysokościach. Co kilka minut sprawdzał czy jest prawdziwa testując przy tym cyrylową cierpliwość do granic wytrzymałości.

Calkiem zadowolona z siebie wróciłam do Huaraz by…się dowiedzieć, ze grupa, która miała wyruszyć następnego dnia się ‘rozpadła’. A właściwie rozpadły, bo dowiadywałam się w kilku agencjach turystycznych. Jakis grupowy Armageddon.

Nic to. Nie będę się denerwować. Następna w sobotę. A ja sobie uskutecznię wypad do Laguny Churup.

Wstałam niezbyt wcześnie, przyznaje, ale wciąż miałam szanse na dobry trek. Gdybym tylko wsiadła do właściwego busiku. Ten w którym się znalazłam, mimo zapewnień, ze jedzie dokąd chcę dojechać, wywiózł mnie do jakiejś wioski, z której miałam dodatkowo 10 godzin marszu. No to ‘nawarot’ do Huaraz do właściwego autobusu. I tu się zaczęła zabawa w ‘podaj sobie turystę’.  Pytani kierowcy wdzięcznie mnie odbijali jak piłeczkę ping-pongowa podając coraz to nowsze informacje na temat tego, gdzie się bus do Pitec znajduje.

Zen.

W końcu jakiś przyjechał, poczekał 45 minut aż się zbierze grupa. Zabrałam się za plecenie różańca z kolorowych nitek (nowo nabyta umiejętność) budząc tym zainteresowanie wszystkich kobiet w samochodzie. Musiałam je nauczyć i tyle. Nauczyłam a w tym czasie busik wywiózł mnie do …. Wioski poprzedzającej ta, do której miałam dotrzeć, czyli do Yupa. Do punktu docelowego, Pitec, miałam następne 2 h drogi (czyli byłam w punkcie wyjścia sprzed 3 godzin, tylko ze z innej strony góry).

Pysznie. Zen.

Najwyżej się przejdę. Nie będę się denerwować. Pogoda w końcu była przepiękna. Tylko czemu nie widać nikogo na tej drodze oprócz mnie. Oprócz mnie i dwóch dzikich psów, co się szczerzyły podejrzanie. Nie boje się, iiiiide. Na moje szczęście trochę dalej spotkałam pasterza. Pasterza, który powiedział ze co prawda idę w dobrym kierunku, ale ze dzisiaj nie dojdę, bo już jest za późno. On wracał do swojej wioski (której to wdzięcznej nazwy zapomniałam).

Nic to. Wrócę. Pogadam sobie. Pogadałam, wróciłam. Zżęłam się w środku na przepiękną pogodę. Zen mi przeszedł.

No wiec wielu szczytów nie zdobyłam, ale na ilość lokalnych interakcji nie mogę narzekać.

Lepszy rydz…