‘Nadaam’ oznacza zawody

 

CSC_0026

Podczas gdy świat zdaje się mieć obsesję na punkcie piłki nożnej oczekując na ostatni mecz pomiędzy Argentyną i Niemcami dziś wieczorem na drugiej stronie globu jest kraj, którego mieszkańcy są również pełni emocji sportowych związanych z zupełnie innym wydarzeniem.

Ten kraj to Mongolia a wydarzenie to Nadaam co w języku mongolskim oznacza “gry”. Ten wielki festiwal odbywa od wieków gromadząc w stolicy, Ułan Bator, najlepszych zawodników z całego kraju do walki o tytuł najlepszego w trzech dyscyplinach – zapasach, jeździe  konnej i strzelaniu z łuku. Zawody przypadają zawsze na połowę lipca a w tym roku wielki finał zbiega się z finałem FIFA.

Muszę przyznać, że Nadaam był jedną z niewielu rzeczy (z wyjątkiem prognozy pogody :) jaką wzięłam pod uwagę przy planowaniu mojej podróży po Azji. Szperając w Internecie przed wyjazdem zostałam oczarowana kolorowymi zdjęciami które obiecywały połączenie tradycji z dziką przyrodą. O samej zawartości Nadaamu natomiast nie wiedziałam zbyt wiele pozwalając dać się mu zaskoczyć. I nie zawiodłam się.

Choć na kilka dni przed oficjalnym Nadaam byłam już w Ułan Bator po powrocie z podróży po pustyni Gobi to kilkoro znajomych Mongołów namówiło mnie na wypad ‘na wieś’ by tam obejrzeć gry zanim tłumy zjadą się na oficjalne i końcowe igrzyska w stolicy gromadzące najlepszych zawodników z kraju. Wybrałam Kharkhorin, małe miasteczko znajdujące się w dolinie rzeki Orkhon i pobliskich ruin starożytnego miasta Karakorum będącego niegdyś stolicą Mongolii pod Ogedei Khan’em.

CIMG1134

Samo dotarcie tam okazało się już przygodą. Zapakowana w autobus pełen ludzi i balansując wewnątrz pojazdu pomiędzy plastikowymi zbiornikami mongolskiej wódki, sfermentowanego mleka klaczy (tzw. kumisu) i toreb z serem wszelkiego rodzaju, podskakując radośnie wraz z wehikułem na wyboistej drodze zmierzałam do celu powoli i w tumanach kurzu. Nadaam to w Mongolii festiwal nie byle jaki, nie tylko ze względu na miłość do tradycji, ale też jako dobry pretekst do uroczystości rodzinnych i sposób na pokazanie się w najlepszym odświętnym stroju.

DSC_0003

Po krótkich poszukiwaniach znalazłam ‘kemping’ zarezerwowany z wyprzedzeniem. Miejsce pełne namiotów nomadów czyli jurt. W jednym z nich spotkałam Tomasza (Kanadyjczyka polskiego pochodzenia) i Sarah (Amerykankę), zaprzyjaźnionych nauczycieli na wakacjach od szkoły w Pekinie których Nadaam tak jak i mnie przyciągnął na to pustkowie. Po krótkiej rozmowie z mieszkańcami dowiedzieliśmy się, że lokalny Nadaam odbędzie się “gdzieś tam w stepie” więc najlepszym sposobem było podążenie tam za tłumem lub autostopem.

580216_10151815187068804_1287592491_n

I rzeczywiście, po krótkiej przejażdżce zobaczyliśmy koło stoisk i jurt wokół dużej trawiastej areny po środku pustkowia. Miejsce było pełne dumnych Mongołów ubranych w tradycyjne i kolorowe “deels” (rodzaj szlafrokowego płaszcza), spacerujących między namiotami lub leniwie przejeżdżających konno pomiędzy stoiskami rozmawiając się, śmiejąc i przyjmując zakłady na wyścigi.

DSC_0928

Arena, gdzie już czekali zapaśnicy była w centrum uwagi i wyglądało na to że z trzech gier, to zapasy właśnie miały dostarczyć najwięcej emocji. Nieco z boku znajdowało się również stoisko łucznicze, jedynej dyscypliny, w której kobiety mogły również brać udział i konkurować ze sobą.

DSC_0174

Po drugiej stronie miłośnicy jazdy konnej zbierali zakłady w zdezelowanym samochodzie oczekując na zwycięzców długiego, bo prawie 30 kilometrowego wyścigu. Jak się okazało większość dżokejów to byli mali chłopcy w wieku między 4 i 11 lat. Nie mogłam powstrzymać się od myśli, że wszystkie mi znane młode matki dostałyby po prostu zawału widząc swoje dzieci jadące dziesiątki kilometrów na oklep i popiskując “Tschu! Tschu!” poganiając w ten sposób wpółdzikie konie (tak przy okazji w języku mongolskim nie istnieje słowo na zatrzymanie ich).

971652_10151815190158804_858808603_n

Pogryzając ‘kushuury’ (coś niby pierogi) świeżo wysmażone w jednej z jurt spacerowaliśmy podziwiając kobiety wystrojone w płaszcze i biżuterie rodem z najpiękniejszych baśni układające w piramidy różnego rodzaju sery cukierki nadając tym samym nowe znaczenie słowu ‘sernik’. By zabić czas w oczekiwaniu na rozpoczęcie zawodów po bokach areny znajdowało się kilka stoisk z grami towarzyskimi które, sądząc po okrzykach zaangażowanych graczy i gapiów, wywoływały całkiem spore emocje.

1004783_10151815192323804_1188841770_n

Nad nami banda orłów krążyła obserwując tłum z góry i zastanawiając się dlaczego ci ludzie zebrali się tutaj zmieniając ten spokojny i szeroki step w kolorowe mrowisko.

Po sprawdzeniu okolicy przenieśliśmy się na prowizoryczne trybuny, by zająć dobre miejsca w pobliżu głównej areny i obok stoisk z sernikiem. Choć nie dało się jeść go zbyt wiele ze względu na na ostry smak i twardą strukturę to miło było skubnąć odrobinkę i dostać miseczkę sfermentowanego mleka klaczy od elegancko ubranej Mongołki, która raz po raz go napełniania i rozprowadzała wśród publiczności zgromadzonej w jej namiocie. Jej córeczka w małych bucikach na wysokich obcasach towarzyszyła jej z poważną miną, jakby to było najważniejsze zajęcie na świecie. Zawody miały rozpocząć się lada chwila.

DSC_0794 (2)

Najpierw na arenę weszły mityczne potwory-duchy wykonując dziwny wirujący taniec, po nich grupa akrobatów zaprezentowała swe umiejętności poprzedzając tym samym paradę lokalnych osobistości i byłych gwiazd sportowych obwieszonych medalami od stóp do głów po której zawody uznano za oficjalnie rozpoczęte.

Prawdę mówiąc to Tomasz chciał oglądać zapasy a my nastawiałyśmy bardziej na emocje na wyścigach i łucznictwie, a nie patrząc na przytulonych w niedźwiedzim uścisku zapaśników, ale postanowiłyśmy nie marudzić na początek i wytrzymać kilka rundek. Tymczasem godzinę poźniej wciąż patrzyłyśmy się jak zaczarowane starając się odgadnąć i zapamiętać zasady i rytuał, podczas gdy znudzony Tomasz urwał nam się na pierogi. Tymczasem było na co popatrzeć. Każdy z graczy odziany był w skąpą kamizelkę z odkrytą klatka piersiową, majtki przypominające pieluchy i skórzane buty nie rozpoczął walki bez uroczystego tańca polegającego na machaniu rękami niczym wielki ptak czyniąc jednocześnie siedmiomilowe kroki. Każdy z tańców zakończony był siarczystymi klepnięciami po udach.

Na początek zaintrygowały nas ich stroje, by nie powiedzieć, że rozbawiły, choć później okazało się, że były one funkcjonalne i wywodziły z tradycji. Zapaśnicy mieli na sobie malutkie i obcisłe kamizelki z krótkim rękawem w kolorze czerwonym lub niebieskim (“zodg”). Tradycyjnie wykonane były z wełny, obecnie szyje się je z bawełny bądźi jedwabiu. Przednia część kamizelki jest otwarta a jej klapy związane na plecach cienkim sznurkiem. Według legendy przed laty pewien nikomu nie znany zapaśnik wygrał wszystkie zawody. Kiedy jeden z jego pokonanych przeciwników zerwał mu zodog okazało się, że zwycięzca był …kobietą. Od tego dnia zodog musi odsłoniać klatkę piersiową. W komplecie do kamizelki sa małe i obcisłe majtki, “shuudag”, wykonane z czerwonej lub niebieskiej tkaniny. Sprawiają one, że zapaśnicy są bardziej mobilni. Choć całość wygląda dość zabawnie taki strój ma zapobiec wykorzystaniu nadmiaru materiału przez przeciwnika do np przewrócenia go. Uzupełnieniem całości są skórzane kozaki o lekko zadartych czubach.

DSC_0003 (2)

Po tym jak taneczna chwała została oddana duchom mającym pomóc w wygraniu zawodów walka mogła się rozpocząć. Na środku areny czekało już dwóch dostojnych starszych panów, jak myślałyśmy sędziów przedsięwzięcia, tymczasem byli to dopingujący pomocnicy trzymający walczącym śmieszne czapki ze szpikulcem dopóki nie skończą walki, doglądający czy wszystko odbywa sie zgodnie z przepisani i czy gra jest uczciwa a nawet zachęcający walczących zawodników śpiewem do boju. Teoretycznie ta statyczna walka była pełna napięcia i prezentacji męskiej siły, jako że z zasady, że kto dotknie ziemi jakąkolwiek częścią ciała inną niż stopy lub dłonią przegrywa grę. Zwycięzca wśród aplauzu publiczności wykonywał ten sam ptasi taniec co na początku a czasem nawet rzucił serowym konfetti w publiczność w ramach wdzięczności za wsparcie (w pewnym momencie mojej podróży doszłam do wniosku, że wszyscy w Mongolii mają obsesję na punkcie sera, zwłaszcza po próbie serowej wódki). I tak oto po kilku godzinach i kilkunastu rundach mieliśmy zwycięzcę, a nawet zdjęcie z nim. Następnym etapem miały być rozgrywki w Ułan Bator a nagroda była raczej zachęcająca – klucze do mieszkania w stolicy przekazane przez samego prezydenta!

619_10151815181683804_847651239_n

Zawody w Kharkhorin się zakończyły i ludzie powoli zbierali w kierunku swoich domów. Tym razem nie autostopem lecz pieszo próbowaliśmy dotrzeć do naszej jurty. Udało nam się zgubić ale za to zostaliśmy zaproszeni do przydrożnej jurty nomadzkiej rodziny dając tym samym początek nowej i zupełnie innej historii….

DSC_0672

więcej o Nadaamie można poczytać tutaj (w języku angielskim):http://ubpost.mongolnews.mn/?p=10621