Twarz pokerzysty na długiej szyi

 

Rozpoczynając mój rok podróży podskórnie szykowałam się na konfrontację. Nie mogłam przewidzieć dokładnie gdzie, co i jak, a nawet  byłam trochę przerażona i podekscytowana wizją tego, co mogę odkryć i jakie odpowiedzi na jeszcze niezadane pytania, która ta wyprawa miała zadać mogę dostać.

Zaczęłam od Tajlandii. Kraju, który uważałam za ‘łatwy’, dlatego w kwestii przygotowania się nie poświęciłam mu zbyt wiele czasu. Dwa tygodnie miały mi w zupełności wystarczyć. A jednak moje założenia miały być szybko zweryfikowane i ta krótka podróż okazała się być tylko preludium rozbudzające apetyt, które miało umieścić Tajlandię na mojej liście krajów do ponownego odwiedzenia. Potwierdziły się niektóre przesądy i przekonania. Przepyszne jedzenie z ulicznych straganów, mili i uśmiechnięci ludzie, łatwość zorganizowania się oraz niskie ceny pozostawiające wagabundom sporo przestrzeni spontanicznej wolności i decydowania w ostatniej chwili.

DSC_0026

Wędrówka po północnej Tajlandii nie tylko zaostrzyła mój apetyt, aby zobaczyć więcej ale także skonfrontowała niektóre przekonania w mojej głowie, które brałam za pewnik. A to był dopiero był początek. Wszystko było nowe, więc moje zmysły pracowały na najwyższych obrotach starając się przerobić dostarczane im informacje w celu wyrobienia sobie opinii. W miarę możliwości.

Wizyta w plemiennej wiosce Padaung była jednym z pierwszych doświadczeń pod tytułem ‘przypadki bez kategorii, pytania otwarte i rzeczy do przemyślenia’ jakich cały worek przywiozłam ze sobą z podróży. I zdecydowanie wypchnął moje myślenie z turystycznej bańki.

DSC_0260

W tym czasie byłam jeszcze na początku mojej podróży próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, że skoro zostawiłam za sobą wszystko (przynajmniej na dłuższy czas) to jak ja właściwie chce tę podróż przeżyć, bo oprócz biletu do Azji i listy krajów do odwiedzenia nie ułożyłam sobie żadnego planu. Miałam być ‘zaskakiwana’, to było główne założenie. Kilka pierwszych dni w Bangkoku raczej mnie przestraszyło, zwłaszcza jak obserwowałam ‘zapomnianych hippisów’, którzy zgubili się tutaj 20 lat temu, być może również w konsekwencji ‘spontanu’, pozwalając swym srebrnym brodom rosnąć i korzystając z lokalnych masaży lub domów publicznych dryfując na luzie przez kolejne dni życia. Oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie po latach na jakiejś zapomnianej plaży, co być może podróż taka jak ta mogła mi ‘zrobić’. Zaraz, chwilka, to nie był taki plan, ale kto wie, co mogło się zdarzyć i dokąd zaprowadzić?

DSC_0051

Po pokonaniu jetlagu, czyli choroby związanej z przeniesieniem w czasie i przestrzeni (tak oto nagle zaczęłam żyć w przyszłości wyprzedzając Europę o 5 godzin) przeniosłam się na północ do Chiang Mai, miasta uważanego za “stolicę kulturową” Tajlandii. Otoczone murami stare miasto pełne było świątyń, hosteli i hoteli, i sklepów turystycznych nęcących oczy ofertami krótkich lub długich wycieczek, kursów gotowania i małych sklepików krawieckich.

DSC_0441

Zatrzymałam się tam na mniej więcej tydzień próbując przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. I choć chciałam już znaleźć się w rzeczywistości podróżnika to wciąż jeszcze była to raczej rzeczywistość turysty. Wizyty w świątyniach, rozmowy z mnichami, ciężka praca nad zachowaniem krągłości bioder, w które ochoczo pakowałam świeże owoce i Pad Thai’e (rodzaj zasmażanego makaronu z warzywami). Zapisałam się nawet na kurs gotowania, który zdecydowanie należy do rzeczy, które ‘powinno’ się zrobić, gdy jesteś w Tajlandii, ale przede wszystkim próbowałam nie planować zbyt wiele i nie myśleć o tym, co zostawiłem za sobą ucząc się żyć (nowej) w teraźniejszości, znaczy się przyszłości.

Łatwiej powiedzieć niż wykonać, ‘odpuszczanie’ zajęło mi przynajmniej kilka miesięcy. Rosnąca ciekawość zaprowadziła mnie za to w różne części miasta, czasami szokujące. Ale w dobieraniu wypadów za miasto wciąż jeszcze byłam ostrożna i skłaniając się do ofert grup zorganizowanych. W ten oto sposób zapisałam się regionalną wycieczkę obejmującą w swej ofercie także wizytę w wiosce plemienia Padaung. Nazwa plemienia niewiele mi mówiła, ale zdjęcie kobiet o długich szyjach ozdobionych złotymi obręczami przywołało wspomnienia jakiegoś dawno obejrzanego dokumentu, jak myślałam, z Afryki, opowiadającego o odległej kulturze. A oto teraz mogłam sama się tam dostać! Ja, odkrywca, juhu!

DSC_0241

Oczywiście chciałam zrobić zdjęcia i poczuć się jak dziennikarz obcujący z nową i nieznaną kulturą.

Wyobrażałam sobie, że pojadę do jakiejś tajemnej wioski i tam, nie przeszkadzając nikomu, będę mogła sobie poobserwować życie jej mieszkańców.

Kiedy już tam dotarliśmy, wszystko wyglądało niby w porządku. Idąc gęsiego kładką prowadzącą przez mokre pola ryżowe zobaczyliśmy z daleka mgliste kształty pierwszych domków. Wkrótce dotarliśmy do dużej i schludnej wioski poprzecinanej pajęczyną ścieżek prowadzących do różnych plemion. Okazało się, że żyją tu nie tylko Padaung.

DSC_0223

Widząc tablice ze strzałkami jak dojść do poszczególnych plemion poczułam się dziwnie. Ale już wkrótce zafascynowana spoglądałam na kolorowe panie siedzące przed swoimi domami, przygotowujące makatki i szale, negocjujące z turystami, śpiewające piosenki dzieciom bawiącym się na piaskowej alejce. Młode dziewczyny poprawiały makijaż, jakaś grala na gitarze. Matki były bardziej nobliwe i uśmiechały tajemniczo pozując do zdjęć. Złote obręcze i bransolety dodawały im szlachetnego splendoru.

DSC_0243

Niektóre z nich miały przygotowane dla turystów złote obroże z obręczy (wiązane na tasiemkę), które można było przymierzyć do zdjęcia.

DSC_0226

Teoretycznie wszystko było dobrze, ale jednak coś było “nie tak”.

Domy ustawione były w równiutkich rządkach wzdłuż ścieżki, tworząc łańcuch straganów. Kobiety, mimo że uśmiechnięte, wydawały się jakoś przygaszone. Jakiś mężczyzna strugał instrument. Chyba gitarkę. A gdzie byli pozostali? Zapytany przewodnik odpowiedział, że pracują na polach za domami. Tylko że my nie widzieliśmy żadnych. Chciałam porozmawiać z tymi kobietami, ale bariera językowa uwięziła resztę mych pytań na końcu języka.

DSC_0263

Dowiedziałem się za to, że obręcze zostały zakładane dziewczętom już w wieku od 4 do 5 lat, i nigdy nie wystartował dodając co roku dodatkowe pierścienie. Że tradycja ta sięga lata wstecz i wiąże się z legendą, że obręcze miały chronić kobiety przed zagryzieniem przez tygrysy, które czasem napadały na wioski podczas gdy ich mężczyźni wyruszali na polowanie. I najwyraźniej z czasem stała się standardem piękna i urody.

DSC_0230

Szłam pomiędzy straganami obserwując dokonujący się tu handel. Uśmiech do zdjęcia za zakup małego upominku. Zauważyłam, że niektóre dziewczyny nosiły także pierścienie na nogach i rękach. Ścieżka zaprowadziła mnie do kolejnego plemienia. Moja ciekawość turysty została nasycona kolorami. Ale mój umysł wciąż pracował próbując połączyć “fakty” z dziwnym uciskiem w żołądku, sygnalizującym, że coś tu się nie zgadza.

DSC_0274

Po powrocie do Chiang Mai zaczęłam małe dochodzenie próbując dowiedzieć się o nich więcej. Odkryłam trochę sprzeczne informacje. “Ludzkie zoo” – tak nazywane były takie wioski, zaliczając je do najbardziej kontrowersyjnych atrakcji turystycznych w kraju. Padaung należący do plemienia Karen to uchodźcy z Birmy szukający w Tajlandii schronienia od przemocy i gwałtów z powodu wewnętrznego terroru w ich rodzinnym kraju trawionego od lat wojną domową. W Tajlandii znaleźli azyl pozwalający im żyć w spokoju. Starszy Tajlandczyk, właściciel hostelu w Chiang Khong, w którym się zatrzymałam wdał się ze mną w dyskusję utrzymując, że w ten sposób jego kraj pomaga uchodźcom. Biorąc pod uwagę sytuację w Birmie miał częściowo rację, bo któż chce żyć w stanie wojny. Pozostawało jednak pytanie za jaką cenę?

Kilka nowych odpowiedzi uzyskałam także w małym muzeum plemiennym w Chiang Rai, gdzie dowiedziałam się o drugiej stronie tej pomocy – uchodźcy są wprowadzani do wiosek, którymi zarządzają Tajlandczycy. To do ich kieszeni trafiają w większości opłaty za wizytę w wiosce. Część idzie dla rządu tajskiego a sami Padaung dostają już tylko niewielką pensyjkę. Pozwala im ona żyć w wiosce, ale nie ma mowy o wyprawach poza, zwłaszcza że na poruszanie się po regionie potrzebne im tajskie dowody. (muzeum zdecydowanie warto odwiedzić również, aby wiedzieć, jak się zachować, gdy odwiedzają wioski Hill Tribes, więcej informacji: http://www.mekongresponsibletourism.org/thailand/50-where-to-shop-thailand/hill-tribe-museum-and-education-centre-in-chiang-rai.html).

Zatem taka wioska to centrum kultury czy bezwstydne wyzyskiwanie kobiet i dzieci?

DSC_0234

Warto dodać, że większość uchodźców nie ma pełni praw obywatelskich tajskich. Godziłoby to w interesy właścicieli wiosek odprowadzających małe ‘conieco’ także do kasy rządowej. A tylko tajska legitymacja daje prawo plemionom żyjącym w wioskach do przemieszczania się poza miastem. Procedury wyrobienia takiej legitymacji zdają się nie mieć końca i tylko nielicznym się udaje. Wiele kobiet wybiera noszenie obręczy ze względu na tradycję, ale też coraz częściej ze względu na możliwość zarobkowania. Raz nałożone pierścienie są noszone przez całe życie. Obręcze dla dorosłej kobiety ważą około 7 kilogramów i w rzeczywistości nie rozciągają szyi, lecz prowadzą do deformacji klatki piersiowej i ramion, uciskając żebra by dać złudzenie, że ich szyje są wyjątkowo długie. Nasuwa się oczywiste pytanie: Czy zakładanie pierścieni na szyje małych dziewczynek urodzonych w wioskach uchodźców to wciąż wierność tradycji czy już sposób na zarabianie pieniędzy?

DSC_0250

Spokojne życie w zamian za wolność dostępu do świata i swobody dokonanywania wyborów? W czym tak naprawdę ja wzięłam udział?

To był pierwszy, ale nie ostatni raz w tej podróży, który kazał mi się zastanowić nad “rzeczami”, które posiadam i są dla mnie oczywiste. Tak oczywiste, że nie pamiętam, aby być za nie wdzięczną. Czy mogę coś zmienić? Nie wiem. Mogę o tym pisać. O odpowiedzialnej turystyce, której nawet nie umiem zdefiniować? Jeśli nie pojadę nie będę nabijać kieszeni właścicielom, ale też nic nie kupię i nie dam im zarobić. Czy to zmusiłoby rząd Tajlandii do społecznej integracji plemienia Padaung czy do ich deportacji? Tajlandia nadal zdaje się mieć dużo swoich własnych wewnętrznych kłopotów.

A plemię Padaung? Będzie prawdopodobnie nadal żyć tak jak teraz. Z delikatnym uśmiechem ze smużką cienia na twarzy pokerzysty. Grając kartami, jakie życie rozdało im w tej turze. Aż do następnego rozdania.

P1070676