Colombia – mi corazon! (PL)

Kolumbia w trzech słowach?

Przyroda, ludzie i muzyka!

Choć ta ostatnia miała raczej charakter towarzyszący.Wszystkiemu.

Muzyka budziła mnie rano z przejeżdżających aut, była w sklepach (w niektórych domach handlowych sprzedawcy są jednocześnie piosenkarzami – nie wiem czy śpiewają o produktach, bo się nie wsłuchiwałam, ale miedzy zachęcaniem do kupowania chodzili po sklepie z mikrofonem i z podkładem rzędu karaoke śpiewali latynoskie piosenki), taksówkach, autobusach. A jak nie było, to zawsze znalazł się jakiś pasażer co innym pośpiewał, albo przynajmniej wystukał rytm, i nikogo to nie dziwiło. Jeżdżą tu też stare kolorowe autobusy zwane chiva, które czasem służą do transportu a (i nawet wtedy) często jako ‘mobilne imprezownie’.

DSC_0155chiva – środek transportu i …miejsce do imprez

Piosenki maja rytmy taneczne oraz jasne i przejrzyste teksty, w których to z reguły to facet umiera z miłości bądź z tęsknoty. I tak ma być! Żadnej kobitce tutaj nie przyszłoby do głowy, by chłopaków prosić do tańca. Zresztą średnio aktywny macho muchaco by się poczuł przynajmniej urażony. Kobietki maja być koszące i kolorowe. Ach, i okrągłe i mięciutkie też. Flirt i naturalna czułość wyrażana jest w słowach i gestach. I tak oto w bardzo krótkim czasie stałam się ‘serdeńkiem’, ‘królową’, ‘pięknością’, (czyjaś) ‘miłością’. Początkowo zmieszana po pięciu tygodniach pobytu w Kolumbii wyrobiłam w sobie nawyk przyjmowania tych słodyczy z nastawieniem, że mi się po prostu należy. Prowadzi to czasem do bardzo śmiesznych sytuacji, jak podczas targowania się o cenę. Targujący i ‘targowany’, twardo obstający przy negocjacjach, obsypują się takimi kwiatkami na końcu każdego zdania:- po ile te banany przyjacielu?- po 2000 COL królowo!- trochę drogo, mój kochany!- nic nie mogę opuścić z ceny najdroższa! (itd.)Wszystko z uśmiechem i zupełnie inaczej niż w Azji, gdzie takie negocjacje odbywają się jednak z większym natężeniem stresu i agresji. Na dole skali postawiłabym Tajlandię, na drugim biegunie Indie, które wydobyły ze mnie, przyznaje, niezwykle i nieznane mi dotychczas pokłady bezwzględności.

DSC_0017uliczny sprzedawca z Cartageny

Kolumbijczycy to naród pełen emocji. A kanalizują je na przykład przykład w tańcu.

A mówiąc ‘taniec’ myślę – Cali, miasto na południu Kolumbii i mój ostatni przystanek. Trochę przymusowy, bo ze względu na fale strajków nie udało mi się ruszyć bardziej na południe. Dłuższy pobyt w Cali nie ma sensu jeśli się nie tańczy (albo nawet nie chce spróbować) salsy. Jest to nawet marnotrawstwo, bo Cali jest światową stolica tego tańca. Tutejsza wersja salsy, zwana caleno, przyprawiła mnie o zeza i zawrót głowy już od samego patrzenia, bo nie nadążałam za krokami. Nie jest to jednak jedyny taniec jaki można tańczyć w tym mieście. Dla mniej zaangażowanych w salsę, ale równie aktywnych społecznie polecam bailas andigos (czyli tance indiańskie), znane nam raczej z obrazków polskich chodników i ulicznych grajków z fletniami pana i pieśnią o kondorze. Przyznam, że nie jest albo raczej nie był to mój typ muzyki, ale teraz kojarzy mi się z nim pewien obrazek, który mnie bardzo uśmiecha. W każdy czwartek w parku artesanales gromadzi się spora grup ludzi, by w kółku (a właściwie zazębiających się kolkach poruszających w rożnych kierunkach) razem tańczyć. Jest z tym zabawy co niemiara a i endorfiny produkowane są w zawrotnym tempie. Już od samego patrzenia się gęba śmieje.

P1110740bailas andigos w parku Artesanales, w Cali

***

Albo ja miałam takie szczęście, albo rzeczywiście jednym z największych atutów Kolumbii są jej ludzie. Otwarci, serdeczni, gotowi do tego, by porozmawiać a nawet przygarnąć do rodziny. Od początku przyjazdu do Kolumbii miałam wrażenie, że jestem noszona przez anioły. Nie chce obalać mitów, że w Kolumbii nie jest niebezpiecznie, bo wciąż trochę jest i w hostelach nasłuchałam się historii, ale jest lepiej niż myślałam. To znaczy przy zachowaniu czujności i zdrowego rozsądku dobrze jest nie pchać się w miejsca zagrożenia. Kolumbia wciąż pozostaje jednym z liderów produkcji kokainy i szefowie tego biznesu są bezwzględni. A i sytuacja gospodarcza skłania niektórych biedniejszych ludzi do wybrania ścieżki przestępczej, dlatego drobne grabieże są na por zadku dziennym. Niemniej jednak, jeśli się wcześniej zasięgnie języka, gdzie nie chodzić i o której, można całkiem łatwo ominąć punkty zagrożenia. Ja tak zawsze robiłam, pytając w pobliskim sklepie czy tutaj omeg przejść albo udać się do takiej a takiej dzielnicy.

Znajomość chociaż odrobiny hiszpańskiego zmienia zupełnie doświadczanie tego kraju. Kolumbijczycy rozmawiają chętnie, są ciekawi przyjezdnych, ale też chętnie opowiedzą o sobie. Jasne, że po angielsku również się można dogadać, ale traci niepowtarzalna okazje integracji z otoczeniem. Jak się patrzę na moje podróże w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy to w żadnym kraju nie zostawiłam tyle serca co w Kolumbii (no chociaż całkiem spora część została w Nepalu i Mongolii, ale to inne emocje). I nie czułam się tak bardzo ‘przygarnięta’ jak tutaj. Wspólnota w Cartagenie z moja ukochana babcia Alicja, 92 letnia dama co mnie zaadoptowała jak wnuczkę, czy też wolontariusze z Casa Italia (no dobrze, Włosi, ale ‘skolumbizowani’) czy moje kolumbijskie siostry Correa, które zasługują na osobny pean. Znajomość zaczęła sie typowo w podroży – byłam nieznajoma znajomej a skończyłam jako ‘siostra’ doświadczając gościnności Kolumbijskich domów w Baranquilla i Bucaramanga. W wyniku tych wszystkich interakcji nabyłam bezużyteczna (tak mi się na razie wydaje) umiejętność wynajdowania i wyławiania ostryg z dna morskiego, bardziej użyteczną – robienia kolczyków, oraz nad wyraz użyteczną – przygotowywania pysznych czekoladowych trufli. Zresztą to nie jest jedyny przepis jaki udało mi się wyszarpać z sekretów tutejszej kuchni. Tak się stało, że dwakroć gotowali dla mnie szefowie kuchni i podstępem niebieskich oczu udało mi się wzbogacić moje kulinarne portfolio o nowe recepty.

DSC_0157

Skoro jucz macie w głowie te wszystkie kolory i smaki to dorzuca Wam jeszcze kontekst – przyrodę. I to niepowtarzalna!

Musze przyznać, ze Kolumbia mnie zaskoczyła wszechstronnością i różnorodnością krajobrazów. Każdy nawet najbardziej wymagający maruda znajdzie tu coś dla siebie: na północy wybrzeże kusi gorącą temperatura i temperamentem ludzi, przepięknymi plażami i jedynym w swoim rodzaju wybrzeżem ozdobionym pasmem Sierra Nevada. Gór pełnych tajemnic i skrywających takie skarby jak ciudad perdida czy świętą gore San Colon (jeśli się nie mylę o wysokości ponad 5000m). Niedaleko Santa Marta znajduje się mala, położoną w dżungli wioska zwana Minca. Bardzo dobry punkt wypádowy do okolicznych wodospadów i przełęczy.

DSC_0227

wodospad niedaleko San Gil

Centralno-wschodnia część to małe, kolonialne wioski i Park National El Cocuy, w którym każdy wielbiciel filmu into the wild, znajdzie wystarczającą dawkę dziczy i głuszy.

Jak na strefę tropikalna z położeniem sejsmicznym przystało znajda się tez przepiękne wodospady (choć jak dla mnie i tak króluje Islandia jak dotąd), jak wodospad Jose Curie kolo San Gil. Niedaleko Bogoty znajduje sie Kolumbijska Toskania – Villa de Leyva. Najlepsze miejsce na przejażdżki konne jak dotąd (mam na myśli, w Kolumbii).

DSC_0359Villa de Leyva

Bogoty nie uwidzialam, bo uciekałam przed protestami. I ta ucieczka zawiodła mnie do Salento, w tak zwana strefę kawy (Zona Cafetera). Malutkiego miasteczka położonego na wzgórzach. Obowiązkowa jest tu wyprawa na jedna z wielu plantacji kawy. O kawie napisze więcej w osobnym wpisie, może ze wzbogaceniem doświadczenia w Ekwadorze. Pol godziny drogi od Salento znajduje się przepiękny park Cocora z jedynymi i charakterystycznymi dla tego regionu Kolumbii palmami woskowymi (wax palms), które czuprynami zahaczają o chmury. Wdrapanie się na pobliskie szczyty zapewnia atrakcje w postaci spotkań z kolibrami, które są bardzo pocieszne. Choć i tak do moich ulubionych ‘zwierząt’ w Kolumbii zaliczają się i tak pozostanie – motyle czyli mariposas. Zdarzało mi się chodzić w całych chmarach motyli o wszelkich kolorach tęczy. Także papugi i tukany latają nad głowami a soczyste kolory kwiatów po prostu karmią oczy.

No i w końcu Cali. Ale Cali to salsa, czyli inna bajka. To la naturaleza wynikająca z ruchów ciała.

Więcej południa nie udało mi się zobaczyć, choć próbowałam. Czyli wrócić trzeba. Zresztą Kolumbia wchodzi do czołówki krajów do powtórnego zobaczenia. I do mojego serca.

Hasta luego!

Kilka suchych faktów

Czas podroży: 5 tygodni

Trasa: Cartagena – Taganga – Tayrona – Sta Marta i Minca – Baranquilla – Bucaramanga – San Gil – Barrichara – Villa de Leyva – (Bogota) – Salento – Cali – Papayan – Cali

Ominięte i na liście ‘do zrobienia’ kiedyś. Cabo de la vela – El Cocuy, Canion Chicamocha – Bogota – San Augustin – Tierradentro – Silvia – Monasterio Las Lajas kolo granicy z Ecuadorem

nocleg: 15-22.000 COL (ulubione i polecane: Hostel Highlands/Villa de Leyva, Pelikan Larry/Cali, the Roof hostel/Cartagena)

jedzenie: 2.000 (przegryzka)-15.000 COL (dwudaniowy posiłek, choć oczywiście da się zapłacić więcej)